sobota, 6 lipca 2013

Oda do Alberta


Siedem lat z Albertem.
Dobrze jest mieć przyjaciela.

O drugiej w nocy naszła mnie miłość do człowieka, którego tyle razy miałam ochotę kopnąć w tyłek - prawdopodobnie z wzajemnością, i któremu tyle zawdzięczam - i tu już nie ma prawdopodobnej wzajemności tylko jest ona na pewno, chociażby przez wzgląd na jego długoletni związek, który wspaniałomyślnie zapoczątkowałam, snując podstępne intrygi jak na swatkę przystało.

Nie nadaje się do tego, dlatego byłam nią pierwszy i ostatni raz.

I przez siedem lat pokłóciłam się z nim tylko kilka razy. Niesamowite.
I niesamowite nie jest to, że można te kłótnie/ciche dni policzyć na palcach jednej dłoni - niesamowite jest jednak to, że przez te wszystkie lata zrobiłam tyle głupich rzeczy, do których każda przeciętna osoba nie miałaby zdrowia, a on dalej mnie kocha miłością czystą i bez skazy.

Chyba.
Przynajmniej tak twierdzi a ja głupia wierzę.

Dalej z rozczuleniem wspominam pierwsze dni znajomości jeszcze w gimnazjum, kiedy oboje wiedzieliśmy, że jest coś na rzeczy, ale żadne z nas nic z tym nie zrobiło.
I łezka mi się w oku kręci, kiedy pomyślę, że gdybyśmy zainterweniowali, to już dawno pewnie nie byłoby Alberta a ja musiałabym sobie radzić bez tego długowłosego kuca.
I za każdym razem kiedy ktoś zadaje mi pytanie - a raczej stwierdza fakt "Albert nadaje się dla Ciebie" wybucham na-pewno-nie perlistym śmiechem, widząc oczami wyobraźni jak wielką byłoby to pomyłką.

Przecież zaciąganie go pijanego do domu byłoby samobójstwem.
Dobrze, że się nie pomyliliśmy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz